Człowiek od wszystkiego
Jul. 16th, 2006 11:26 pmTaaak. Upupy są szalenie konsekwentne. Im bardziej są przekonane, że nie będą czegoś pisać, tym szybciej zaczynają to jednak pisać. Oto Sayid z I serii. Mam mieszane uczucia, co do tego tekstu, ale cóż... zawsze ma się sentyment do tego, co zaczęło tupać jako pierwsze, prawda? Nadal naiwnie liczę, że to mój pierwszy i ostatni Lost FF. Z podziękowaniem dla Kubisia
kubis za rozmowy o manikiurzystach.
Bardzo przerośnięte drabble. Sayid pod koniec 1x08 ("The Confidence Man"). Tytuł inspirowany rozmową z Nilc
le_mru o tym, dlaczego Sawyer i Sayid bożyszczami fanfikciarzy są.
Człowiek od wszystkiego
Usiłował się skupić na pakowaniu plecaka i ignorować poczucie absurdu, które narastało w nim z minuty na minutę. Starał się oddychać głęboko i tłumaczył sobie, że tłumiona ze wszystkich sił złość zaraz znajdzie ujście w szybkim, rytmicznym marszu.
Jack przyszedł do niego tylko na chwilę i bardzo starał się nie unikać jego wzroku, gdy mówił mu, że z Shannon już wszystko w porządku, że Sun leczy ją eukaliptusem, że całe niebezpieczeństwo jest zażegnane. Ani słowa o Sawyerze. Stanowczo ani słowa o Sawyerze.
Sayid pożałował przez chwilę, że nie jest wystarczająco wielkim skurwysynem, żeby się tym wszystkim nie przejąć. Albo że nie jest wystarczająco naiwny, żeby zrobić tak, jak Jack – powiedzieć sobie, że co się stało, to się nie odstanie i przedstawienie musi toczyć się dalej. Tak mówią, prawda? The show must go on.
Oczywiście, cieszył się, że dziewczyna zdrowieje. Ale z drugiej strony czuł się oszukany. Niepotrzebnie zrobił coś, co napawa go lękiem i obrzydzeniem. I nawet nie mógł mieć do nikogo pretensji, bo przecież sam zaproponował, że przesłucha Sawyera.
Jack „Primum Non Nocere” Shephard kierował się właśnie w stronę łóżka Shannon, gdy Sayid zarzucił plecak na jedno ramię i zaczął iść wzdłuż brzegu oceanu. Starał się nie patrzeć na twarze ludzi, których mijał, gdy jednak zamiast spodziewanej ciszy słyszał wokół siebie zwykły gwar obozu, zwrócił wzrok w stronę pozostałych rozbitków.
Wyglądali tak, jakby zupełnie nic się nie stało.
Przecież tego nie dało się nie zauważyć. Parę metrów od nich leżał Sawyer z bandażem na ramieniu i plastrami niezwykle starannie zakrywającymi paznokcie. Wcześniej został niemal na ich oczach ogłuszony i zawleczony do dżungli, w której zresztą darł się jak opętany. Nie prowadzili go zbyt daleko od plaży, żeby w razie czego mógł ich z łatwością zaprowadzić do miejsca, w którym ukrył inhalatory. Na dodatek wszyscy rozbitkowie wiedzieli o poszukiwaniu leków Shannon. Dziecko by się domyśliło, kto, jak i z jakiego powodu zranił Sawyera.
Sayid nie spodziewał się bardzo gwałtownej reakcji pozostałych, w końcu ten cholerny sukinsyn był przez wszystkich uważany za zło konieczne. Ale kompletny brak reakcji był dla niego szokiem. Wszyscy byli absolutnie beztroscy. Irakijczyk kątem oka zauważył, jak Charlie wymachuje pustym słoikiem i wykonuje jakieś dziwne gesty, a siedząca obok Claire śmieje się, trzymając rękę na brzuchu.
Gdy zobaczył stojącą nad wodą Kate, wbił wzrok w mokry piasek i starał się minąć kobietę jak najszybciej. Zaklął pod nosem, gdy go zawołała.
Ona nie miała wymówki, że nie wie, co się stało w dżungli. Musiała się jakoś zmierzyć z tym, co widziała. Sayid spodziewał się wyczytać z jej twarzy lęk, wstręt, smutek, ponure zrozumienie – cokolwiek, tylko nie szczere, niemal dziecięce zdumienie. Była zdziwiona, gdy zobaczyła go gotowego do drogi.
Wytłumaczył jej spokojnie, dlaczego opuszcza obozowisko, chociaż wiedział, że ona tego nie pojmie. Spróbował nawet zażartować, a ona to podchwyciła i uśmiechnęła się lekko. Dobra wymówka z tą mapą. Zawsze sądził, że kobiety są bardzo praktyczne.
Kate patrzyła z wielkim zrozumieniem na mężczyznę, który szedł brzegiem oceanu. A Irakijczyk pomyślał przez chwilę, że może odchodzi między innymi dlatego, że nikt tutaj nie miał odwagi nawet pomyśleć o tym, że gdzie indziej jemu, Sayidowi, nie podawanoby ręki po tym, co zrobił Sawyerowi.
Bardzo przerośnięte drabble. Sayid pod koniec 1x08 ("The Confidence Man"). Tytuł inspirowany rozmową z Nilc
Człowiek od wszystkiego
Usiłował się skupić na pakowaniu plecaka i ignorować poczucie absurdu, które narastało w nim z minuty na minutę. Starał się oddychać głęboko i tłumaczył sobie, że tłumiona ze wszystkich sił złość zaraz znajdzie ujście w szybkim, rytmicznym marszu.
Jack przyszedł do niego tylko na chwilę i bardzo starał się nie unikać jego wzroku, gdy mówił mu, że z Shannon już wszystko w porządku, że Sun leczy ją eukaliptusem, że całe niebezpieczeństwo jest zażegnane. Ani słowa o Sawyerze. Stanowczo ani słowa o Sawyerze.
Sayid pożałował przez chwilę, że nie jest wystarczająco wielkim skurwysynem, żeby się tym wszystkim nie przejąć. Albo że nie jest wystarczająco naiwny, żeby zrobić tak, jak Jack – powiedzieć sobie, że co się stało, to się nie odstanie i przedstawienie musi toczyć się dalej. Tak mówią, prawda? The show must go on.
Oczywiście, cieszył się, że dziewczyna zdrowieje. Ale z drugiej strony czuł się oszukany. Niepotrzebnie zrobił coś, co napawa go lękiem i obrzydzeniem. I nawet nie mógł mieć do nikogo pretensji, bo przecież sam zaproponował, że przesłucha Sawyera.
Jack „Primum Non Nocere” Shephard kierował się właśnie w stronę łóżka Shannon, gdy Sayid zarzucił plecak na jedno ramię i zaczął iść wzdłuż brzegu oceanu. Starał się nie patrzeć na twarze ludzi, których mijał, gdy jednak zamiast spodziewanej ciszy słyszał wokół siebie zwykły gwar obozu, zwrócił wzrok w stronę pozostałych rozbitków.
Wyglądali tak, jakby zupełnie nic się nie stało.
Przecież tego nie dało się nie zauważyć. Parę metrów od nich leżał Sawyer z bandażem na ramieniu i plastrami niezwykle starannie zakrywającymi paznokcie. Wcześniej został niemal na ich oczach ogłuszony i zawleczony do dżungli, w której zresztą darł się jak opętany. Nie prowadzili go zbyt daleko od plaży, żeby w razie czego mógł ich z łatwością zaprowadzić do miejsca, w którym ukrył inhalatory. Na dodatek wszyscy rozbitkowie wiedzieli o poszukiwaniu leków Shannon. Dziecko by się domyśliło, kto, jak i z jakiego powodu zranił Sawyera.
Sayid nie spodziewał się bardzo gwałtownej reakcji pozostałych, w końcu ten cholerny sukinsyn był przez wszystkich uważany za zło konieczne. Ale kompletny brak reakcji był dla niego szokiem. Wszyscy byli absolutnie beztroscy. Irakijczyk kątem oka zauważył, jak Charlie wymachuje pustym słoikiem i wykonuje jakieś dziwne gesty, a siedząca obok Claire śmieje się, trzymając rękę na brzuchu.
Gdy zobaczył stojącą nad wodą Kate, wbił wzrok w mokry piasek i starał się minąć kobietę jak najszybciej. Zaklął pod nosem, gdy go zawołała.
Ona nie miała wymówki, że nie wie, co się stało w dżungli. Musiała się jakoś zmierzyć z tym, co widziała. Sayid spodziewał się wyczytać z jej twarzy lęk, wstręt, smutek, ponure zrozumienie – cokolwiek, tylko nie szczere, niemal dziecięce zdumienie. Była zdziwiona, gdy zobaczyła go gotowego do drogi.
Wytłumaczył jej spokojnie, dlaczego opuszcza obozowisko, chociaż wiedział, że ona tego nie pojmie. Spróbował nawet zażartować, a ona to podchwyciła i uśmiechnęła się lekko. Dobra wymówka z tą mapą. Zawsze sądził, że kobiety są bardzo praktyczne.
Kate patrzyła z wielkim zrozumieniem na mężczyznę, który szedł brzegiem oceanu. A Irakijczyk pomyślał przez chwilę, że może odchodzi między innymi dlatego, że nikt tutaj nie miał odwagi nawet pomyśleć o tym, że gdzie indziej jemu, Sayidowi, nie podawanoby ręki po tym, co zrobił Sawyerowi.
no subject
Date: 2006-07-17 03:02 pm (UTC)Po drugie - podoba mi się tło. Rozbitkowie, którzy zachowują się, jakby nic się nie stało, Sawyer zło konieczne i na tym tle Sayid, któremu, no, nie wyszło.
no subject
Date: 2006-07-18 08:01 am (UTC)no subject
Date: 2006-07-17 05:23 pm (UTC)*bełkotanie off*
no subject
Date: 2006-07-18 08:46 am (UTC)Z drugiej strony Sawyer wydaje się bardziej "prospołeczny" na początku. Przychodzi na "pogrzeb" tych, co zginęli w katastrofie, strzela do szeryfa, idzie na wyprawę, na której słyszą komunikat Danielle... Pewnie, nie robi za serce ekipy ani Wyspowy Czerwony Krzyż, ale też nie odcina się tak bardzo, jak później. Nawet próbuje dać Shannon jakiś kosmetyk czy coś (skleroza) za darmo i dopiero ona go prowokuje do domagania się zapłaty.
Reasumując: zaczyna mi się tłuc w łebku teoria, że w wyniku "wizyty u manikiurzysty" Sayid zdał sobie sprawę, że to nie jest tak, że wyjechał z Iraku, porzucił wojsko i zostawił za sobą to wszystko, co tam robił. Że w skrajnej sytuacji nadal jest zdolny do wszystkiego i że nie potrzebuje rozkazu, że może sam podjąć decyzję o przesłuchaniu. I stąd się bierze ten jego późniejszy dystans i spokój - jeśli człowiek przekona się dobitnie, że może być groźny, jak się zdenerwuje, to bardzo się potem stara nie denerwować. Natomiast Sawyer aniołkiem oczywiście nie jest, ale kiedy widzi podczas pierwszych ośmiu odcinków, jak pozostali się do niego odnoszą, to zaczyna postępować zgodnie ze schematem: "skoro chcecie, żebym był największym skurwysynem na wyspie, to proszę bardzo". Pewnie, sam w sobie ma po temu naturalne predyspozycje, ale mam wrażenie, że gdyby go na początku nie posądzali o wszystko, co złe, to łatwiej by im się z nim potem żyło.
Ufff. Namieszałam z lekka, ale mam nadzieję, że nie wyraziłam się bełkotliwie ;).
no subject
Date: 2006-07-18 09:05 am (UTC)Wizyta wizytą, ale dostał jeszcze w tyłek od Rousseau i zauważ, że jak stamtąd wrócił, był w stanie normalnie porozmawiać z Sawyerem. Potem to było jak wyjazd do sanatorium: Shannon, jestem miły i pomocny, i tak dalej... a potem już równia pochyła i rezygnacja.
Owszem, ale tu trzeba pamiętać o kontekście: był wtedy parę dni po samobójczej śmierci Essama i udawaniu terrorysty, przecież wsiadł do lotu 815, bo chciał go właściwie pochować. Nic dziwnego, że oskarżenie go o bycie terrorystą doprowadziło do wybuchu wściekłości. Wszystko by po nim mniej lub bardziej spłynęło, ale nie to... Sawyer właściwie nieświadomie trafił w najgorszy punkt. :P
Co do Sawyera, to myślę, że z początku badał też teren. Jest świetnym obserwatorem, przecież zarabia na ludziach. Chciał wiedzieć, jak się urządzić. To, jak go potraktowała spółka iracka kosmetyka, sprawiło, że wyszedł z niego skurwysyn. Spójrz na 2 sezon: Eko przynosi na wpół martwego Sawyera, Jack staje na rzęsach, Kate własnoręcznie go karmi i Sawyer może nie jest jak do rany przyłóż, ale zaczyna tracić twarz bydlaka na tyle, że musi przeprowadzić swoje oszustwo. Jednak traci trochę grunt pod nogami: jest już częścią społeczności, tym ważniejszą, że ma tę cholerną broń, i już nie da mu się schować za palmą ani okopać w swoim grajdole. Może dlatego tak sofciarsko się zachowuje. Hej, to się zrobiło ciekawe:P
no subject
Date: 2006-07-18 09:25 am (UTC)Dla mnie Sayid zawsze był Oazą Spokoju, nieważne, czy bił się z Sawyerem czy też wbijał Sawyerowi to i owo, czy też odszedł od rozbitków po odcinku Confidence Man. Ale może ja jestem dziwna.
Poza tym zaciera mi się wszystko, chyba powinnam jeszcze raz obejrzeć przynajmniej serię drugą, z której pamiętam bodajże Czołg Anę xD.
*nastrój obrazoburczy*
*rozgląda się w poszukiwaniu Skajuśki lub Kubiśki*
Jawyer górą!
*umyka*
no subject
Date: 2006-07-18 09:54 am (UTC)*z błogością przerzuca piasek w irackiej piaskownicy*
no subject
Date: 2006-07-19 08:50 pm (UTC)no subject
Date: 2006-07-19 09:22 pm (UTC)no subject
Date: 2006-08-02 02:22 pm (UTC)no subject
Date: 2006-08-02 11:19 am (UTC)Jak ja mogłam wcześniej nie natrafić na to opowiadanie i tą świetną dyskusję?!
Baaardzo mi się podobało. Naprawdę. Sayid naprawdę mru, cała masa trafnych spostrzeżeń i to aż krzyczy o więcej. Ostatnie zdanie po prostu powala, ale też cały ten opis całkowicie obojętnej lostowej społeczności... Szokujące. Ludzie odwracają wzrok, bo czego oczy nie widzą i tak dalej...
Ja chcę więęęcej.
no subject
Date: 2006-08-02 12:37 pm (UTC)A co do Jawyera - wczoraj w płomiennej dyskusji z Nilc doszłam do wniosku, że to się kwalifikuje w zasadzie jako rareparing. Teoretycznie musi dać się napisać, gdyż, jak poucza Mistrz Pratchett, "tylko jeża się nie da". Ja kwalifikuję się do ludzi, którzy uważają, że najlepiej shippować Jacka z butelką Rywanolu, bo w innych sytuacjach prędzej czy później partnera szlag by jasny trafił. A szkoda by było, jakby Sawyer miał mieć potem traumę i moczyć się w nocy, prawda? ;)
Acz nie wykluczam, że dojdę w końcu do takiego pułapu Sawyeryzmu, że będzie mi wszystko jedno, z kim go łączą, byleby to był on ;).
no subject
Date: 2006-08-02 01:49 pm (UTC)A poważnie, to mnie by szlag nie trafił. Mogę nawet być butelką Rywanolu. XDDD
Właśnie odświeżyłam sobie 1x9. Poprosze więcej Sayidowych fanfików. ;)
no subject
Date: 2006-08-02 02:24 pm (UTC)no subject
Date: 2006-08-02 02:29 pm (UTC)no subject
Date: 2006-08-02 06:51 pm (UTC)no subject
Date: 2010-11-18 02:15 pm (UTC)Pamiętam ten odcinek, w którym Sayid torturował Sawyera i nie wiem, dla kogo to było trudniejsze. Sawyer obiecał sobie, że nigdy więcej tego nie zrobi, ale sytuacja go do tego zmusiła. W imię większego dobra, jak by to powiedział pewien staruszek z brodą.
Podoba mi się reakcja innych rozbitków - udają, że to ich nie obeszło, a może po prostu nie chcą się buntować?
I rozumiem, dlaczego Sawyer odszedł - bo inaczej po prostu nie potrafił.