semele: ([btvs] wesley/fred)
[personal profile] semele
Termin mnie gonił z Buffyantologią, więc ogarnęłam się i napisałam. Dziękuję [livejournal.com profile] idrilka za ekspresową betę!

Już nawet przestałam się bronić przed tym, że jak na opowiadanie o Wesleyu to ten tekst ma za dużo Spike'a. Jak ustaliłyśmy na zlocie w Krakowie: nie ma czegoś takiego, jak za dużo Spike'a.

Tytuł: Astronauci kontra jaskiniowcy
Korekta: [livejournal.com profile] idrilka
Fandom: AtS
Odcinek: 4/8
Poprzednie odcinki: 1 2 3
Ilość słów: 2244
Spoilery: w tym odcinku do 5x18, ale w dalszych będę spoilerować aż do końca serialu
A/N: Wesley/Fred, AU począwszy od 5x15 AtS, klasyczne jak potoczą się wydarzenia, jeśli zmienimy tylko jedno z nich. Jeden odcinek opowiadania będzie odpowiadał jednemu odcinkowi serialu.


Cz. IV, 5x18, Origin

Illyria czekała na nich niemal w progu, a zaraz za nią stał wyraźnie nieszczęśliwy i zmęczony jak pies Spike. Trzymał się jak najbliżej ściany i śledził boginię niespokojnym wzrokiem, raz po raz zerkając na słońce.

- Co wy tu robicie? - zapytała Fred, najwyraźniej ubawiona tym sugestywnym obrazkiem kwoki i jej kurczątka. - Spike, to chyba nie jest twoja pora na spacery?
- A miałem inne wyjście? Jakby poszła sama, to jeszcze pobiegłaby gdzieś za motylkiem i tyle byśmy ją widzieli. Angel chce jej robić jakieś testy wytrzymałościowe i czekaliśmy z tym na ciebie.
- Zawsze odnosiłem wrażenie, że drwisz sobie z niebezpieczeństwa, zamiast się przed nim chować - zauważył niewinnie Wesley.
- Bo drwię sobie. Ale to musi być odpowiednio heroiczne niebezpieczeństwo. Wiesz, demony, wrota piekieł, ratowanie świata, takie tam. Ale spopielić się tylko dlatego, że Smerfetka chciała iść na spacer? To gorzej niż, wpaść pod rower.

***

Illyria zastanawiająco dobrze reagowała na Fred i Wesleya trochę to martwiło. Zupełnie egoistycznie wolałby, żeby cały ciężar opieki nad boginią spadł na Spike'a. Przemknęło mu nawet przez myśl, że powinni się trzymać od tego wszystkiego z daleka - rzucić w diabły walkę ze złem, ustatkować się, znaleźć normalną pracę, dom... Przecież nie było dla nich za późno, nie byli jakimiś superbohaterami. Nie trzymało ich tu żadne przeznaczenie, Shanshu czy wyrzuty sumienia.

Szybko otrząsnął się z takich rozważań. W biurze czekała już na niego jakaś bardzo zmartwiona para, miła odmiana po ciągłym pertraktowaniu z demonami czy wyciąganiu z więzienia ludzi, których z przyjemnością wsadziłby tam z powrotem i podwoił wyrok. Kładąc dłoń na klamce, westchnął głęboko i rozluźnił mięśnie karku. To nie był dzień, w którym miałby nastrój na ratowanie świata, ale nie było innego wyjścia. Kiedy zostajesz tym dobrym facetem, tracisz luksusową możliwość posłania wszystkich do diabła.

Z uprzejmą ciekawością wysłuchał historii chłopca, który przeżył zderzenie czołowe z ciężarówką. Powoli otrząsał się z marazmu, jego umysł zaczynał pracować na zwiększonych obrotach. Po chwili wahania podniósł słuchawkę telefonu i zadzwonił po Angela. Wprawdzie póki co wyglądało na to, że sam bez problemu poradziłby sobie ze sprawą, ale uznał, że szefowi przyda się teraz jakaś nieduża misja o natychmiastowo widocznych skutkach.

A potem Angel odrzucił sprawę, trzasnął drzwiami i wyszedł, a świat zupełnie stanął na głowie.

***

- Żartujesz? - wymamrotała Fred, przeżuwając bajgla.- Najpierw ich wyrzucił, potem za nimi poszedł, a na końcu uratował przed demonami i przyprowadził z powrotem? Wszystko w ciągu trzech godzin?
- I zdążył jeszcze oprowadzić chłopca po firmie.
- A tak, to wiem, byli też u mnie. O co w tym wszystkim chodzi?
- Chyba postanowił, że przez weekend zrobi z dzieciaka wojownika, który pokona Sahjhana - odparł Wesley znad kubka z kawą. - Wszystko dlatego, że Cyvus Vail mu zagroził.
- Czym dokładnie mu zagroził?
- Sam chciałbym wiedzieć.


Pierwszy raz od kiedy zostali parą udało im się złapać parę minut na wspólne biurowe śniadanie. Było nieco mniej beztroskie, niż Wesley by sobie tego życzył, ale przecież nie można mieć wszystkiego. Fred jadła w ogromnym pośpiechu, dość łapczywie, raz po raz zerkając na zegarek.

- Spike został z Illyrią?

Kiwnęła głową i nerwowo odgryzła kolejny kęs bajgla.

- Boję się, że rozwalą jakąś ścianę nośną. Spike podszedł do testów bardzo poważnie.

Wesley uśmiechnął się blado i dolał sobie kawy. Miał irytujące wrażenie, że zapomniał o czymś ważnym, o czym jeszcze chwilę wcześniej chciał powiedzieć Fred. Miało to związek z Angelem i chłopcem, który miał pokonać Sahjhana. Wiedział, że chciał o coś zapytać, że dość mgliście pamiętał walkę, którą stoczyli kiedyś z tym samym demonem, że coś w zachowaniu szefa wydawało mu się bardzo, bardzo podejrzane. Lista wątpliwości aż rosła mu w głowie.

Już otwierał usta, żeby zadać pierwsze pytanie, ale w ostatniej chwili rozmyślił się, sięgnął w stronę leżącego na środku biurka woreczka i ułamał sobie kawałek bajgla. Pewne nawyki ze szkolenia obserwatorów wsiąkają w człowieka głębiej niż zdrowy rozsądek. Nie podkopuj pozycji kogoś, który ratował ci tyłek. Nie kwestionuj decyzji. Bądź lojalny wobec tych, którzy byli lojalni wobec ciebie.

***

- Nigdy nie sądziłem, że akurat ciebie przyłapię na czytaniu klasyki.
- Słucham?

Spike podniósł głowę znad książki i rozejrzał się z idealnie zdezorientowaną miną. Potem nagle skojarzył fakty, ruchem rodem z komedii pomyłek odwrócił Portret Doriana Graya okładką do góry i roześmiał się. Illyria dostojnie odwróciła głowę w ich stronę, ale szybko pogrążyła się ponownie w kontemplowaniu toporów zawieszonych na ścianie. Ludzkie rozmowy nie były dla niej zbyt interesujące.

- Może dla ciebie to klasyka, Wes. Jak to się mówiło tak chmurnie i górnolotnie? Głos mojego pokolenia? Pamiętam premierę i nawet znałem autora.

Fred aż zastrzygła uszami, a Wesley potarł z zakłopotaniem czoło. No tak, powinien był się tego doliczyć, ale spodziewał się zastać Spike'a i Illyrię w środku mrożącej krew w żyłach walki i ich spokojna koegzystencja mocno wytrąciła go z równowagi.

- Natknąłem się na niego w Bristolu jakoś bardzo niedługo po tym, jak zostałem przemieniony - odpowiedział wampir na nieme pytanie. - Straszny cudak i w dodatku zapatrzony w siebie. Ego jak Mount Everest, typowe u pisarzy.
- O czym rozmawialiście? - zapytała zaintrygowana Fred.
- Obawiam się, że o kiepskim piwie. Najwyraźniej nie byłem w jego typie. Kapitan Czółko chciał go zjeść, ale jak dziesięć lat później wyszła książka, to podczytywał mi ukradkiem. Do dzisiaj myśli, że tego nie widziałem, szpieg od siedmiu boleści. On tak zawsze - im bardziej ma coś do ukrycia, tym bardziej idzie w zaparte i zachowuje się podejrzanie. Pozuje na władcę świata i okolic i naprawdę myśli, że nikt się nie zorientuje, że panoszy się jeszcze bardziej, niż zwykle. Natychmiast po nim widać, jak ma coś na sumieniu, mówię... Chwila. Co tak na mnie patrzysz?

Wesley starał się utrzymać w miarę obojętną minę, za to ku swojemu zdumieniu zobaczył, że Fred robi się blada jak papier. Rzadko zdarzało mu się widzieć własne emocje tak dokładnie wymalowane na cudzej twarzy.

- Masz na myśli coś konkretnego? - zapytała. - Zauważyłeś coś dzisiaj?
- Kiedy Wielki Uduchowiony nas dzisiaj nawiedził, Smerfetka akurat sprawdzała, czy umiem latać. Nie za bardzo zwracałem uwagę na niczyje mroczne plany.
- Mówi ci coś nazwisko Cyvus Vail? - wykrztusił Wesley bez zastanowienia.
- Nic a nic - odparł Spike, chowając książkę do kieszeni. - Ale coś czuję, że niedługo zacznie.

***

Lorne, Illyria i Spike zostali w gabinecie Wesleya obłożeni stosem książek i teczek. Trochę protestowali przed takim podziałem sił, ale nie na wiele się to zdało. Na pierwszą wzmiankę o tym, że w dniu, w którym dołączyli do Wolfram&Hart, firma zapłaciła potworne pieniądze bardzo potężnemu czarownikowi od grzebania w umysłach i naginania rzeczywistości, Fred zerwała się na równe nogi i nie chciała nawet słyszeć o obmyślaniu strategii.

Wesley pobiegł za nią bez zastanowienia, sam jeszcze niepewny, po której stronie stanie. Jemu samemu nigdy nie przyszłaby do głowy tak poważna konfrontacja z Angelem, więc miał cichą nadzieję, że uda mu się jakoś wyperswadować dziewczynie pochopne działania.

Dogonił Fred w zbrojowni. Na widok wyrazu jej twarzy wmurowało go w ziemię. Delikatna buzia pochodząca wprost z chłopięcych marzeń rozpłynęła się jak miraż, a zamiast niej Wesley widział wściekłą minę i surowe oczy, w których czaiło się coś niebieskiego.

Nie odważył się przeciwstawić, więc włożył pistolety do kabur i skierował się w stronę siedziby Cyvusa Vaila.

- Co zamierzasz zrobić, jeśli dowiesz się czegoś, co ci się nie spodoba? - zapytał po drodze, odzyskawszy nieco pewności siebie. - Angel zasłużył sobie na nasze zaufanie.
- Kiedy byłam w Pylei, poniewierali mną tam tak bardzo, że prawie zapomniałam, kim jestem. Angel pomógł mi odzyskać rozum, ale to nie daje mu prawa do zrobienia z nim, co zechce - powiedziała cichym głosem małej dziewczynki, której wcale w tym momencie nie przypominała. - Wesley, ktoś grzebał nam w głowach, rozumiesz? Stworzył nową rzeczywistość. A jeśli moje wspomnienia są fałszywe, to może ja jestem zupełnie kimś innym? Wesley, powiedz mi, kim jestem, jeśli nie jestem mną?

Przypomniał sobie jej wątpliwości z poprzedniej nocy i własne poczucie głębokiej niestosowności. Głos uwiązł mu w gardle i nie odzyskał go aż do wieczora. Miał wrażenie, że to ktoś inny, a nie on, słucha gorączkowych wyjaśnień i błagań Angela. Oniemiały patrzył, jak rozwścieczona Winifred Burkle podejmuje decyzję za nich wszystkich, porywa z rąk czarnoksiężnika świecący ciepłym, żółtym światłem artefakt i rozbija go w drobny mak, bezpowrotnie kończąc z iluzją bezpieczeństwa.

Fałszywa nuta w głowie Wesleya rozpadła się na dwie, potem cztery, osiem, szesnaście i całą symfonię. Odruchowo chwycił się za szyję, która zapiekła na moment ostrym bólem, a potem na skórę wypełzła powoli cieniutka blizna od noża. W pierwszej chwili, zupełnie bez sensu, zobaczył Sunnydale pozbawione irytującej obecności dwunastoletniej Dawn Summers, a potem obrazy zalały jego głowę jak potok. Niemowlę, poduszka, Lilah Morgan śmiejąca się szyderczo, kobieta w szafie, nóż na gardle, zgaszone słońce, Angelus, jedna szklanka whisky na środku stołu, skrzynia na dnie oceanu... Oszołomiony podniósł głowę i poczuł mdłości, ale wrażenie rozpłynęło się równie szybko, jak się pojawiło i Wesley Wyndam-Pryce na powrót stał się bytem jednorodnym.

***

Kiedy wracali, nie mógł się zdobyć na to, żeby popatrzeć na Fred. Jednym uchem słuchał żarliwych wyjaśnień Angela i gdyby nie był tak bardzo zmęczony, z pewnością powiedziałby mu, żeby się zamknął. Pojmował doskonale, że szef nie mógł zrobić nic innego. Poświęcił przyjaciół, żeby ratować syna i gdyby ponownie postawić go przed takim samym wyborem, podjąłby identyczną decyzję. Wesley lubił wiedzieć i rozumieć, nawet jeśli nie przybliżało go to ani o krok do wybaczenia.

Dziękował losowi, że pierwszą twarzą, jaką zobaczył w Wolfram&Hart było zielone oblicze Lorne'a. Wykrztusił z siebie kilka słów wyjaśnienia, a potem wychylił pierwszą szklankę whisky w gabinecie umeblowanym na podobieństwo buduaru gwiazdy filmowej.

Ze wszystkich sił starał się nie myśleć o Fred, ale stare i nowe wspomnienia kłębiły mu się w głowie jak węże. Teraz Winifred Burkle o drobnych, delikatnych palcach i twarzy rodem z marzeń sennych miała wielkie, chłodne, zdeterminowane oczy, gorzki uśmiech i rysy poznaczone setką trudnych decyzji. Była tak samo żywa i prawdziwa, jak wtedy, kiedy zostawiła go samego i wracała tylko jeśli potrzebowała pomocy. I wtedy, kiedy - przypomniał sobie z zaskoczeniem - zaprosiła go do siebie tego dnia, kiedy przyjechał do nich sarkofag Illyrii. Sam nie mógł uwierzyć, że widzi to dopiero teraz i wcale nie był pewny, czy cieszy się ze swojego odkrycia. Fred była złudzeniem lepszego świata, a nikt nie był tak dobry w kochaniu złudzeń, jak Wesley.

- To bardzo nierycerskie z mojej strony, ale chyba wolałem nie wiedzieć, jak to było naprawdę - westchnął Lorne. - Jestem nierycerski i jestem z tego dumny.

***

- Dla mnie to samo, co dla Anglika. Może być bez lodu.

Barman wprawnym ruchem przechylił butelkę nad szklanką, a Wesley bardzo powoli uniósł głowę. Ostatnie wydarzenia i niedawna whisky zrobiły w niej taki mętlik, że wydawała się ciężka jak z ołowiu.

- Spike. Nagle postanowiłeś napić się akurat ze mną?
- Wiesz, normalnie piłbym z Gunnem, ale że on ostatnio jakiś taki niepełnokrwisty...
- To nie nie jest zabawne.
- Nie miało być.

Krzesło tuż obok było wolne, a Wes nie czuł się na siłach, żeby kogokolwiek skądkolwiek zrzucać. Zresztą on nie urządzał po pijaku burd w barach, prawda? Nic z tych rzeczy, zawsze był takim porządnym, dobrym chłopcem.

- Jak tam mój stary kumpel Angel? Słyszałem, że zafundował wam wszystkim nową, lepszą rzeczywistość.
- Ty chyba musisz go naprawdę nienawidzić.

Spike przechylił szklankę i opróżnił ją do dna, po czym skinął na barmana. Milczał przez chwilę, zupełnie jakby to było bardzo ważne pytanie, na które nie można odpowiadać bez zastanowienia.

- Nie, w zasadzie to nie. Oczywiście sprowadził mnie na ścieżkę zła, spał z dwiema kobietami, które kochałem, przez osiemnaście lat dzień w dzień ranił moje delikatne uczucia estetyczne i wpieprzył mi tyle razy i na tyle różnych sposobów, co nikt inny, ale nie. W sumie mógłbym hołubić tajoną nienawiść za to, że sto z okładem lat temu przysmażył mnie parę razy i ćwiczył na mnie różne dziwne rzeczy z łańcuchami, ale to by było trochę żałosne.
- Cóż, jeśli popatrzysz na to z tej perspektywy, to rzeczywiście.
- Chwila, chwila, Wes, nie wyciągaj pochopnych wniosków! To wcale nie znaczy, że wstąpiłem do fanklubu!
- Oczywiście, że nie.

Zrezygnowany Wesley uniósł swoją szklankę w niemym toaście. Było mu zasadniczo wszystko jedno, czy pije ze Spike'em, czy sam. Prawdopodobnie nie zniósłby teraz żadnego innego towarzystwa, nawet Lorne'a, ale akurat to mu nie przeszkadzało.

- Wiesz, też byłem kiedyś dobrym facetem. Nie takim dobrym-dobrym jak wy, zbawcy świata, ale takim, wiesz... Zwyczajnym. Porządnym. Uprawiałem swój ogródek. Kiedy odzyskałem duszę, to ta część mnie na jakimś poziomie dopiero dowiedziała się, jakim byłem wampirem. Nie było to przesadnie przyjemne doświadczenie.

Mówił trochę w przestrzeń i najwyraźniej nie spodziewał się odpowiedzi, jego obecność była wręcz nienarzucająca się. Wesleyowi przemknęło przez myśl, że jeszcze parę dni temu zapewne zaskoczyłoby go takie zachowanie. Teraz... Teraz Spike był bardziej zrozumiały. Wszystko było bardziej zrozumiałe.

- Rozmawiałeś z Fred, prawda?
- Nie dowiedziałem się od niej zbyt wiele. Dużo więcej było w tych papierach, które przeglądaliśmy z Lorne'em. Vail nieźle was podliczył za tę robotę, to i opis zrobił dokładny.

Ten Wesley sprzed paru godzin zapewne zdobyłby się w tym momencie na kilka zdań wyjaśnienia. Może nawet na szczerą rozmowę, kto wie? To zabawne, jak po tylu latach walki można jeszcze mimo wszystko wierzyć w słowa.

- O co ci w zasadzie chodzi? Przyszedłeś mnie pocieszać?
- Ja? - odparł Spike z tak bezbrzeżnym zdumieniem, że Wes prawie się nabrał. - Toś wymyślił. Whisky. - Zamachał teatralnie szklanką. - Chciałem się napić whisky.

Date: 2010-07-08 08:54 am (UTC)
From: [identity profile] jodyna.livejournal.com
Nie idzie mi coś ostatnio komentowanie tekstów. Ciągle sobie obiecuję, że wreszcie się zmuszę do zapisania paru słów, ale jakoś nie wychodzi.
Śledzę twój tekst od samego początku i z ciekawością patrzę jak rozwijasz poszczególne wątki. Harmonii jako Illyria jest ciekawym pomysłem - za Harmonii nigdy nie przepadałam, więc za jednym zamachem mam i Illyrię i Fred, które bardzo lubię.
Pisanie Wesleya jest trudne, bo i postać jest niełatwa ze swoimi wszelkimi przeobrażeniami. Ale przecież właśnie za to kochamy, co nie?
Jak dla mnie najcudowniejszą sceną tego odcinka jest Spike czytający Portret Doriana Graya i jego wspominki dotyczące Wilde'a. Jak ja bym chciała przeczytać scenę ich spotkania. To musiałoby by coś!

Kończąc oczekuję na więcej, jak na etatową fangirl przystało :P

Pozdrawiam
Jod

Date: 2010-07-08 02:28 pm (UTC)
From: [identity profile] upupa-epops.livejournal.com
Pisanie Wesleya jest orką na ugorze i gdyby nie to, że tak bardzo go lubię, to już dawno dałabym sobie spokój ;).

Co do Doriana - no nie mogłam się powstrzymać. Nie mogłam i już. Jestem tania.

Dziękuję za komentarz :). Jak fajnie mieć etatową fangirl!

Date: 2010-07-08 11:09 am (UTC)
From: [identity profile] le-mru.livejournal.com
Heeeeeeeee :D

Jestem łatwa, ale faktycznie kupiłaś mnie tym Wilde'em i fragmentem o manipulacji pamięcią - strasznie mnie jarają takie rzeczy. W ogóle cały ten fragment o łączeniu bytów był fantastyczny.

Ten rozdział jest o pozbawianiu Wesleya złudzeń i to bardzo pasuje, że na końcu pije on ze Spike'em, bo Spike jest najbardziej pozbawioną złudzeń osobą w okolicy. Wklejałaś mi już ten fragment o Angelu, ale nadal bardzo mi się podoba. Ranienie uczuć estetycznych Williama XDDDD Dalej ostrzę sobie zęby na wiktoriańskiego Spike'a...

Ubawiło mnie to, że William nie był w typie Oskara Wilde'a. Fajny manewr z tym, że manipulacja pamięcią w tym momencie najbardziej wkurzyła Fred, i to, że Wesley do końca ufał Angelowi. Zdziwiło mnie to, że blizna dopiero "wróciła" - w sensie, nie miał jej wcześniej? To ciekawe.

Date: 2010-07-08 02:25 pm (UTC)
From: [identity profile] upupa-epops.livejournal.com
Idril twierdzi, że po manipulacji Vaila blizna zniknęła, a ja jestem przyślepawa i mam malutki monitorek, więc jej wierzę. Tym bardziej, że pasowało mi to do koncepcji :).

Jeśli chodzi o Wilde'a, to akurat ja jestem łatwa ;). Jak wyczytałam, że urodził się w 1854 roku, to aż mi mózg zafurkotał, po prostu musiałam to gdzieś wrzucić. W dodatku w 1880 roku był w Londynie!

Nie pomyślałam w sumie o piciu Wesleya i Spike'a w kategoriach braku złudzeń. Po prostu cały czas intuicyjnie mam wrażenie, że oni mają ze sobą dużo wspólnego i przez to bardzo ciekawie wydobywają z siebie nawzajem różne rzeczy.

Cieszę się, że Ci się podobało i już zaczyna drżeć na myśl o Williamie.

Profile

semele: (Default)
semele

October 2020

S M T W T F S
    123
45678910
11121314151617
18192021 222324
25262728293031

Style Credit

Expand Cut Tags

No cut tags
Page generated Mar. 20th, 2026 06:36 am
Powered by Dreamwidth Studios